RSS
 

Do kosza nie trafiają tylko śmieci…

27 maj

Dziś w pobliskiej aptece dowiedziałam się, że nie przyjmą ode mnie przeterminowanych leków, których nie można wyrzucać do zwykłych odpadów ani spuszczać w toalecie. Powodem jest fakt, iż Urząd Miasta nie wyraża zgody na to by zbyt wiele aptek miało to w swojej „ofercie”. Czemu? Nie mam pojęcia! Zamiast iść na łatwiznę i wyrzucić te leki do śmieci pofatygowałam się do apteki, bo o to przecież proszą w każdej ulotce. No dobra, może trochę przesadziłam – i tak coś kupowałam, ale mimo wszystko. Tymczasem spotkałam się z odmową wobec próby realizacji praworządnego uczynku!

Jako że różne wydarzenia uruchamiają u mnie domino skojarzeń – oto o czym pomyślałam…

Uwielbiam akcje, które wymagają od ludzi niewielkiego wkładu, a mogą być dla kogoś pomocne. Przykładem jest zbieranie zakrętek. Dla mnie to żaden problem – nie wyrzucić do kosza na śmieci nakrętki i dołożyć ją do uzbieranego stosu. Dla kogoś to wózek inwalidzki, na który nie byłoby go stać, gdyby nie fakt, że wymieniłam na niego swoje zakrętki (kto nie słyszał o tej akcji niech się koniecznie zainteresuje!).

Nie rozumiem natomiast sytuacji, w której przepisy utrudniają piekarzowi rozdawanie ubogim niesprzedanego chleba. Z tego co wiem odpowiednie instytucje w końcu przejrzały na oczy i ludzie, którzy niesprzedaną żywność rozdają ubogim nie muszą za to płacić podatku. Ale ile lat minęło zanim ktokolwiek się zorientował o sensowności takiego podejścia? Ile było spraw w sądzie? Ile śledztw urzędów skarbowych?

W niektórych krajach można taniej kupić sprzęt z drobną wadą produkcyjną, na przykład laptopa z rysą na ekranie. Kosztuje on wtedy nieporównywalnie mniej. Tymczasem w Polsce taki sprzęt musi być utylizowany. Nie jestem na bieżąco, może coś się w tej kwestii zmieniło, ale jeśli nie, to jaki w tym sens? Ostatecznie i tak osoby odpowiedzialne za utylizację podkradają część sprzętów i sprzedają znajomym. Ile szkół lub domów dziecka mogłoby skorzystać na sprzęcie, który znakomicie nadaje się do użytku, ale zamiast do ludzi, którzy mogliby na nim skorzystać trafia do utylizacji?

Potencjalna odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje…

P.S. Kiedy mogę pomagam również finansowo. Polecam stronę siepomaga.pl, gdzie można przesłać nawet dosłowny grosz na rzecz ratowania życia lub zdrowia. Prawdopodobnie podobnych stron jest więcej. Często mnie nie stać na taką pomoc jakiej chętnie bym udzieliła, dlatego jeżeli znacie akcje podobne do wymieniania zakrętek – dajcie proszę znać w komentarzu. Niech się komuś przysłużę nawet kiedy wydawałoby się, że mnie na to nie stać. A może któryś z Czytelników również skorzysta… Dzięki!

 

Szereg skojarzeń

20 maj

Od kilku dni zastanawiam się co sensownego mogłabym napisać. Niestety nic takiego nie pojawiało się na horyzoncie. Do dzisiaj. Chociaż wciąż do końca nie mam pewności czy jest w tym wystarczająco dużo sensu – publikuję. Raz kozie śmierć!

Otrzymałam od Ani, autorki konwenansów, nominację do Liebster Blog Award, za którą dziękuję. Jeszcze nie do końca zgłębiłam temat i nie wiem o co w tym właściwie chodzi, ale rzuciło mi się w oczy coś, co rozpoczęło niekontrolowaną serię skojarzeń. Mianowicie osoba, która decyduje się przyjąć nominację ma odpowiedzieć na 11 pytań i nominować 11 osób, tzn. blogów.

Czytając wyobraziłam sobie wiadro zimnej wody, a raczej kostek lodu. Skojarzyło mi się to bowiem z Ice Bucket Challenge - ogromnie popularnym jeszcze całkiem niedawno wyzwaniem, które również polegało na nominowaniu, które przekazywano z nominowanego na nominowanego. Prędzej czy później musiało trafić na Baracka Obamę – Prezydenta USA. Wyjaśnienie kim jest Barack Obama jest chyba zbędne. Wiedzą to pewnie nawet osoby, którym umknęło kto gra jakie role na polskiej scenie politycznej. Ale niech zostanie :)

No więc prezydent tego szalenie potężnego państwa został nominowany do tego by nagrać wylewanie na siebie wiadra zimnej wody. Wiele osób się zawiodło, kiedy wyzwania nie podjął. A przynajmniej nie w taki sposób na jaki wszyscy liczyli. Głównym celem akcji było uświadamianie czym jest ALS i zbieranie pieniędzy na badania. Barack Obama dorzucił swoje $, ale nie oblał się wodą. Zastanowiło mnie czemu właściwie ludzie się dziwią? Przecież to prezydent! Fajny,sympatyczny, miły, śpiewający, uśmiechnięty. Mniej odległy, mniej zdystansowany niż jego poprzednicy (a przynajmniej sprawia takie wrażenie, nie mogę tego stwierdzić na 100% procent, bo się nie znamy). Ale to wciąż prezydent. Czemu miałby na siebie wylewać wiadro wody i udostępniać to w Internecie?

Wspomniałam na początku o szeregu skojarzeń… Otóż to skojarzenie przerzuciło mnie do naszej, polskiej debaty prezydenckiej. Tej pierwszej, sprzed 10 maja. Zastanowił mnie ubiór kandydatów na prezydenta. Nie znam się na modzie, ale niektórzy mogliby co nieco skrócić, wydłużyć, poluzować, dopasować. A niektórzy mogliby się w ogóle przebrać. Zapominając na chwilę, że przed tym kryterium wyboru kandydata jest kilkaset ważniejszych, zastanawiałam się – czy chciałabym by prezydent mojego kraju ubierał się „nie po prezydencku”? Sama nie lubię się ubierać specjalnie do okazji i uważam, że często te niewypowiadane wymagania wobec stroju są niedorzeczne. Ale czy mam ochotę oglądać prezydenta w jeansach? Chyba nie… Może po wygranej by się przebrał, kto wie. Jednak lepiej dmuchać na zimne.

Ostatnie skojarzenie, do którego zaprowadziła mnie ta nominacja drogą refleksji nad prezydenckim autorytetem, jest autorytet nauczyciela. Autentyczna historia z pewnej szkoły: młoda nauczycielka chodzi po klasie podczas sprawdzianu. Pukanie do drzwi – wchodzi kolega ze studiów.

- Cześć! Co tam? Oooo… Widzę, że grupa pisze sprawdzian… Nie przejmujcie się – wasza pani profesor ściągała całe studia.

Pominę komentowanie faktu, że ona nie ściągała, za to on zaglądał do jej kolokwiów tak, że aż dziw, że nie ponaciągał sobie mięśni szyi, a oczy nie wyskoczyły mu z gałek. Czy uczniowie powinni słyszeć takie żarty? Kolega twierdził, że nauczycielka powinna wyluzować, że to już nie te czasy, kiedy nauczyciel stał na piedestale. Dziś nauczyciel powinien być równy uczniowi. Powinien być jego starszym, trochę mądrzejszym kumplem. Cóż… Nie powiedziałabym, ale to tylko moja opinia (choć mam nadzieję, że nie tylko).

Koniec szeregu.

 
 

CAPTCHA

13 maj

Wierzcie mi lub nie – zaglądałabym tu częściej gdyby nie fakt, że przy logowaniu każą mi przepisywać jakieś kody z obrazka. Dwoję się i troję, by wpisywany przeze mnie ciąg nie powiązanych ze sobą w sensowny sposób wielkich i małych liter był zgodny z tym co pokazuje mi monitor, ale kilkadziesiąt razy pod rząd dostaję informację, że się nie zgadza! To samo się dzieje kiedy chcę wejść na inne blogi. Na takie, na które nie muszę się logować. Na niektóre z Waszych blogów, drodzy znajomi z blogosfery…

Osobo odpowiedzialna za tego typu sytuacje – zrób z tym coś!!! W zasadzie nie wiem czy istniejesz, czy nie jesteś automatycznie generowanym czymś, co ma utrudnić moje życie. I pewnie nie tylko moje! To nie kwestia przeglądarki – bo sprawdziłam w innej. Komputera raczej też nie, no bo niby co on miałby mieć z tym wspólnego? Na komórkę ściągnęłam odpowiednią aplikację, ale nawet nie da się zalogować, więc pozostawię to bez komentarza…

Założyłam blog żeby odreagować trudy codzienności, a nie odnaleźć nowe!!! Po kilku dniach udało mi się w końcu zalogować, ale nie mam niestety czasu żeby napisać więcej niż tych kilka słów oburzenia.

Boję się, że nastała era o której była mowa w tylu filmach – roboty zaczęły przejmować władzę nad światem. Myślałam, że tworzę swój mały świat, że mam tu swoją małą przestrzeń. Tymczasem nie dostanę się do niej bez zgody kodu z obrazka, który twierdzi, że jest przeze mnie źle przepisywany…

Największym paradoksem tej sytuacji jest fakt, że CAPTCHA to według Wikipedii

Completely Automated Public Turing test to tell Computers and Humans Apart – rodzaj techniki stosowanej jako zabezpieczenie na stronach www, celem której jest dopuszczenie do przesłania danych tylko wypełnionych przez człowieka

Może więc się mylę. Może mój komputer nie jest atakowany przez roboty, tylko jest chroniony przed robotem, którym zupełnie nieświadomie jestem ja sama.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strach się bać

08 maj

Wybaczcie mi drodzy miłośnicy psów, ale Waszych pupilków się najzwyczajniej w świecie boję. Żaden mnie nigdy nie ugryzł, a próby ataku dzięki temu, że jestem w tym temacie przeszkolona spełzły na niczym. Mimo to – nie pamiętam od kiedy – boję się psów i już.

Zwykliście powtarzać: „proszę się nie bać – on nie gryzie„. Niestety nie przekonuje mnie to… Może dlatego, że właściciele psów, które pogryzły moje koleżanki też byli zaskoczeni, bo przecież „on nigdy wcześniej nikogo nie ugryzł„. A nawet jeżeli to prawda i pies nic mi nie zrobi – nic nie jestem w stanie poradzić na to, że się boję. Owszem, potrafię opanować objawy, swoją reakcję. Mogę nie krzyczeć, nie płakać, nie uciekać. Ale strach sam się we mnie pojawia – czy tego chcę czy nie. A ten strach psy niestety bardzo dobrze wyczuwają i lgną do mnie jeszcze bardziej…

Mam koleżankę, która boi się Żydów. Nie jest antysemitką, rasistką ani nic z tych rzeczy. Szanuje ludzi różnych kultur, wyznań i narodowości. Ale jak widzi tradycyjnie wyglądającego Żyda, to ze strachu zamiera i zaczyna płakać. I to nie jest żart. Po prostu automatycznie tak reaguje.

Ja też nie raz miałam ochotę płakać kiedy pies się na mnie rzucał. Nawet jeżeli skakał na mnie z miłości. Nie chcę sobie wystawiać żadnej diagnozy, bo ani ja nie jestem lekarzem, ani mój strach nie jest pewnie żadną prawdziwą, wymagającą leczenia fobią. Muszę jednak zauważyć, że ten strach to nie mój wybór, to nie moja decyzja. To głos mojego organizmu (mózgu? podświadomości?), który nie pozwala mi ufać psom ani zapewnieniom ich właścicieli…

Sorry… Dlatego nie dziwcie się proszę, że nawet jak zapewniacie, że to grzeczny pies, ja trzymam się od niego z daleka…

 
 

Kopciuszek

26 kwi

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Moim zdaniem nieszczęścia chodzą setkami. Na pewno niejeden z Was miał w życiu taki czas, kiedy wszystko po kolei się waliło. Człowiek ma wtedy wrażenie, że wszystko się sprzysięgło przeciw niemu… Myślę, że ze szczęściem bywa podobnie. Jak już się kogoś chwyci, to przez chwilę nie puszcza.

W październiku kupiłam sobie aktówkę. Było to w sklepie, z którego miałam poprzednią torebkę, która wytrzymała najdłużej ze wszystkich jakie w życiu miałam, bo ponad rok. A uwierzcie mi, że moje torebki muszą sporo (z)nosić… Miałam obawy co do tej aktówki, bo – jak to aktówka – miała dość cienki pasek. Pani w sklepie zapewniła jednak (nie wiedząc jak okrutnie obchodzę się z torebkami), że pasek powinien wytrzymać, a w razie gdyby się coś stało – zawsze mogę zareklamować.

Po dwóch miesiącach okazało się, że jednak mam szósty zmysł. Pasek się zerwał, uszkadzając przy tym torebkę. Poszłam więc zareklamować. Ku mojemu zaskoczeniu nie było problemu z wymianą. Zasady są takie, że można wymieniać na dowolny towar o tej samej lub wyższej wartości (za dopłatą). Tego dnia nie było jednak w kolekcji niczego, co by mnie zadowoliło. A że co tydzień wymieniają część kolekcji – wróciłam tydzień później. Okazało się, że trafiłam na przeceny, które „zmusiły” mnie do wzięcia torebki, zegarka, okularów przeciwsłonecznych i kolczyków :) Wszystko to dla dobicia do wartości torebki. Niedrogiej torebki – uwierzcie mi, nie wydaję na takie rzeczy zbyt wiele…

Dzisiaj podjechałam do galerii handlowej po buty. Wiosna ruszyła pełną parą, a buty z poprzednich sezonów już mi się rozlatują… Nie znoszę zakupów, szczególnie tych wymagających przymierzania, więc byłam nastawiona na szybką akcję.

Kupiłam trzy pary butów. Pierwsze - „tenisówkowe półbuty” – były przecenione sezonowo, co dało mi pierwszy powód do radości. Drugie – balerinki – były z wyprzedaży. Na dodatek jak podeszłam do kasy pani zaproponowała mi zapiętki. Kiedy zapytałam za ile, kasjerka powiedziała, że za 5zł, ale jeżeli je kupię, to dostanę rabat 20% na buty. I wyszło na to, że za balerinki i zapiętki zapłaciłam mniej niż za same balerinki. Trzecie to buty sportowe. Też były przecenione. Kiedy poprosiłam panią o przyniesienie buta do pary, pani powiedziała mi o promocji, którą mają.  Dzięki kilku kliknięciom na smartfonie zdobyłam kupon rabatowy – 30% . Wzięłam przecenione buty i zapłaciłam za nie o wiele mniej niż się spodziewałam. Efekt końcowy? Za dwucyfrową kwotę kupiłam dziś 3 pary butów.

Zwykłam powtarzać, że pieniądze szczęścia nie dają, ale jak ktoś nie lubi wydawać ich na garderobę, to po takim dniu pojawi mu się uśmiech na twarzy :)

 

„Proszę pana, proszę pana, rzecz się stała niesłychana”*

23 kwi

Oto wpis o czymś, co mnie bardzo mocno denerwuje. A niełatwo mnie mocno zdenerwować…

Dwulicowość, nieszczerość, zakłamanie, fałsz.

Jestem osobą szczerą. Nie oznacza to, że zawsze mówię na głos to co myślę. Potrafię przemilczeć różne sprawy. Kiedy już się odzywam mam taką zasadę: nigdy nie mówię o kimś czegoś za jego plecami, jeśli nie jestem w stanie mu tego powiedzieć prosto w oczy. W teorii wydaje się to wspaniałą i szlachetną postawą. W praktyce ludzie chyba nie lubią się mierzyć ze szczerością. A ja nie lubię udawać. Nie lubię się na siłę uśmiechać, ani wygłaszać pochlebstw, w które nie wierzę. Nie chodzi mi rzecz jasna o to, żeby za wszelką cenę pokazać każdą niechęć czy foch. Czasem warto się do drugiego człowieka uśmiechnąć, choćby po to żeby zobaczyć jak ten uśmiech odwzajemnia. Generalnie jednak zachowuję się w zgodzie z tym co mi „w duszy gra”. Czasem czuję się w tym jednak odosobniona…

Znajoma 1. Zawsze do wszystkich uśmiechnięta, pyta o życie – co słychać, jak leci, co nowego. Poza mną nie znam osoby, która by jej nie lubiła. Dlaczego jej nie lubię? Bo po tym jak już się do mnie pouśmiecha i wypyta z troską w głosie jak życie, po tym jak będzie nalegać: „nie wracaj jeszcze do domu, przecież się fajnie bawimy”, kiedy tylko zamknę za sobą drzwi powie: „matko, jak można z taką wytrzymać”.  Pozostałym to zdaje się nie przeszkadza.

Najgorsze jest to, że takich znajomych mam więcej. Nie utrzymuję z nimi kontaktu celowo, ale jesteśmy z jednego środowiska i spotkań z nimi niestety nie da się uniknąć… Znajoma 2 (co ciekawe obie mają tak samo na imię – może to o to chodzi? ;) ) wysłuchała opowieści Koleżanki, która mówiła o przygotowaniach do ślubu. Oczywiście wysłuchała z uśmiechem na twarzy, potakując, gratulując. Ledwo Koleżanka wyszła z zasięgu wzroku zaczęły się wypowiedzi głoszone prześmiewczym tonem. „Ta… Mówi, że niby się nie przejmuje wystrojem kościoła, mhm… A mi tu czołg jedzie”. Wtedy nie skomentowałam, ale często w takich sytuacjach pytam: „po co udawałaś przed Koleżanką, że się z nią solidaryzujesz? Po to żeby teraz nam na nią ponarzekać?” Nie zjednuję tym sobie ludzi, ale ciężko mi milczeć, kiedy ktoś mi swoim zachowaniem tak mocno podnosi ciśnienie…

Jak widzę te dwie znajome, to aż mam ochotę wrócić do domu, bo sama ich obecność mnie irytuje. W końcu jak tylko ktoś wyjdzie, zaczną się komentarze. Poza tym strach się odezwać, bo nie wiadomo jak to potem podsumują. Szczególnie Znajoma 2, bo Znajoma 1 to tak jak wspomniałam – wilk w owczej skórze, często się czai.

Raz uczestniczyłam w takiej sytuacji: Znajoma 1 uprzedziła nas, że za jakiś czas dołączy do nas jej Przyjaciel, gej. Oczywiście zawsze trzeba zaznaczyć jeśli osoba, która się zjawi jest homoseksualistą. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek, ktokolwiek zataił ten fakt. I zaczęły się szmery. Gej, geja, geje, gej… Z ust jednego znajomego (notabene chłopaka Znajomej 2) padły również standardowe słowa: „w sumie to ja do homoseksualistów nic nie mam. Niech sobie będą, byle by się do mnie nie zalecali”. Nie wiem czemu tak często to słyszę… Czy heteroseksualni faceci naprawdę uważają, że homoseksualiści będą się nimi interesować? Odnoszę wrażenie, że biedni hetero myślą, że homo się na nich rzucą przy pierwszej możliwej okazji. Dlatego warto kilka razy podkreślić: w sumie to ja do gejów nic nie mam – niech sobie będą, byle by do mnie nie startowali. Nie zbaczajmy jednak z tematu… Kiedy już wszyscy powtórzyli kilka razy powyższą mantrę i podkreślili jakie bycie homoseksualistą jest niezgodne z naturą i obrzydliwe, nadszedł zapowiedziany Przyjaciel. Wszyscy przyjęli go z uśmiechem, życzliwie rozmawiali, wydawało się, że przypadł im do gustu. Ledwo jednak zniknął za horyzontem zaczęło się wzdychanie: „uff, dobrze, że już poszedł, na szczęście trzymał ręce przy sobie” (nie zapominajmy, że homoseksualiści rzucają się na każdego faceta!).

Rzecz jasna nie chodzi mi o to, by zgodnie ze swoim nastawieniem okazywali mu swój homofobiczny stosunek. Fajnie by było gdyby po prostu takiego stosunku nie mieli. To co mnie najbardziej drażni i nastawia nieufnie do świata, to fakt, że to że ktoś się do mnie uśmiecha nie znaczy, że chętnie ze mną rozmawia. Fakt, że w rozmowie się ze mną zgadza nie znaczy, że jak sobie pójdę nie objedzie mnie z góry na dół.

Na co dzień nie zawracam sobie tymi ludźmi głowy. Czasami jednak dobija mnie fakt, że tak licznie mnie otaczają. Na szczęście pewna nieliczna garstka mi to rekompensuje przywracając wiarę w człowieczeństwo, za co jestem im wdzięczna.

Ludzie! Nie zechcielibyście być szczerzy? Niekoniecznie do bólu. Tak po prostu. Jak nie lubicie z kimś gadać, to nie gadajcie, zamiast ściemniać, że fajnie się gada tylko po to żeby potem obgadać. Jak nie podoba Wam się zachowanie Pana X to mu to powiedzcie. Nie wszystkim dookoła licząc na to, że się nie dowie, tylko właśnie jemu. Jak Wam się nie podoba ten post, to… przemilczcie sprawę, nie udawajcie, że zasługuję na Pulitzera ;) Spróbujecie? Z góry dziękuję…

* Jan Brzechwa – Kłamczucha

 
 

„A niechaj narodowie wżdy postronni znają (…)”

22 kwi

Niezależnie od tego czy ktoś się urodził w Polsce czy zagranicą język polski potrafi nastręczyć trudności. Choćby w poprzednim zdaniu – użyłam sformułowania zagranica, które w zależności  od kontekstu może być pisane również osobno: za granicą. Za każdym razem kiedy przychodzi mi pisać o zagranicy staję przed tym samym dylematem.

Na szczęście kilka lat temu  dostrzegłam w zaśmieconym niby-mądrościami Internecie prawdziwą skarbnicę wiedzy. Otóż PWN udostępnił online swoją Encyklopedię oraz Słownik Języka Polskiego. Jakby tego było mało, jest też poradnia językowa. Można napisać – zapytać i otrzymać odpowiedź na konkretne pytanie. Polecam!

Pomimo tych dobrodziejstw w mowę i w teksty pisane wkradają się błędy. Tym mojego autorstwa też z pewnością można wiele zarzucić ;) Moją uwagę zwróciły jednak dwa sformułowania, które szalenie często są przez ludzi używane niepoprawnie. Bynajmniej oraz niepokalane poczęcie. Otóż bynajmniej nie znaczy przynajmniej. Bynajmniej jest wzmocnieniem zaprzeczenia. Kto mi nie wierzy może zajrzeć do słownika lub przeczytać co na temat relacji bynajmniej-przynajmniej odpowiada Mirosław Bańko z poradni.

Kiedy przyszła matka mówi dajmy na to: moje dziecko nie ma ojca, zwykło się odpowiadać: czyli to niepokalane poczęcie? Otóż Niepokalane Poczęcie NMP nie znaczy, że Maryja poczęła Jezusa bez udziału Józefa. Oznacza, że ona sama została niepokalanie poczęta, a więc od momentu gdy znalazła się w łonie swej matki (która z tego co mi wiadomo poczęła w tradycyjny sposób) była wolna od grzechu pierworodnego. Zatem pytając kogoś czy to było niepokalane poczęcie nie pytamy o ojca, tylko o świętość dziecka.

Pewnie Wasi nauczyciele powtarzali równie często jak moi: nie mówi się pisze, tylko jest napisane! Nie se, tylko sobie! Nie poszłem, tylko poszedłem! Pewnie moglibyście wymienić dziesiątki podobnych przykładów…

Ament ;)

 
 

Jak daleko pada jabłko od jabłoni?

11 kwi

Oto pytania, które mnie od dawna nurtują:  jak wiele z zachowania dorosłego człowieka wynika z tego, że się taki urodził? Ile z tego, że taki się stał, a ile z tego, że tak został wychowany? Ile tkwi w genach, ile w wychowaniu, a ile w psychice człowieka (a może ona też wynika z genów?).

Oglądam Criminal Minds (Zabójcze umysły). Jest to serial, przedstawiający pracę specjalnej jednostki FBI, której zadaniem jest sporządzanie profili psychologicznych groźnych przestępców – najczęściej seryjnych morderców lub gwałcicieli. W większości przypadków w ślad za Freudem profilerzy ustalają, że zawiniły” wydarzenia z dzieciństwa, relacje z rodzicami. Daje mi to do myślenia…

Widząc matkę, która wydziera się na swoje pięcioletnie dziecko używając wulgaryzmów i porównując je do ojca – zdradzającego pijaka i nieroba – człowiek (po tym jak zwyzywa w myślach kobietę, używając tych samych słów co ona sama) myśli o tym, że biedne to dziecko. I ma rację. Współczujemy mu tu i teraz, ale co z nim będzie za chwilę? Na kogo wyrośnie za parę lat? Podejrzewam, że na niezbyt przyjemnego gościa…

Znajoma nauczycielka opowiadała o uczennicy, która nie mówi jej „dzień dobry”. Jak się po pewnym czasie okazało – uczennicy zakazała się witać matka, która po niezadowalającej wymianie zdań z nauczycielką uznała, że ta absolutnie nie jest tego godna. W takich momentach człowiek sobie myśli: biedne dziecko… Nie dziwota, że jest niekulturalna, skoro tego ją uczy matka. Szkoda mi tych młodych osób, bo przecież przychodzi czas, kiedy człowiek przestaje być dzieckiem takich a takich państwa, a zaczyna być samodzielnym, odpowiadającym za siebie dorosłym człowiekiem. Za kilka lat, kiedy ta uczennica podejmie pracę nikt nie będzie usprawiedliwiał jej niekulturalnego zachowania specyficznym dzieciństwem.

Jest też druga strona medalu – przykład trzech sióstr. Najstarsza i najmłodsza są do siebie bardzo podobne (jednocześnie bardzo przypominają mamę). Obie mają podobną figurę, obie są utalentowane w tej samej dziedzinie, obie są wierzące i zaangażowane w wolontariat, no aniołki :) Średnia z kolei ma wiele cech wspólnych z ojcem – utalentowana w zupełnie innych dziedzinach, gardząca wszelkimi religiami, bardzo skrupulatnie licząca każdy grosz.

Wszystkie trzy dziewczyny mieszkały w jednym domu, wychowywane przez tych samych rodziców, mniej więcej w tym samym czasie. Jakimś jednak cudem średnia wyrosła na skąpego dusigrosza, a najstarsza na kobietę, która co miesiąc przeznacza część wypłaty na cele charytatywne i chce zostać dawcą szpiku.

Chyba jest trochę tak, że wszystko ma znaczenie – każde doświadczenie (nawet przekazanie genów) kształtuje nas jako dorosłych ludzi. Najświętsi rodzice mogą nic nie wskórać, jeżeli ich dziecko zaprzyjaźni się z łobuzami. Z kolei dziecko, które jest sierotą albo z jakiegoś innego powodu miało trudne dzieciństwo wcale nie musi wyrosnąć na złodzieja, lumpa czy mordercę. Dziecko z „niegrzecznymi genami” adoptowane przez porządnych rodziców, może nie dać się porządnie wychować. Jednych trudne dzieciństwo hartuje i kształtuje na porządnych ludzi, dla innych jest usprawiedliwieniem każdego złego uczynku. Jednych przekleństw uczą rodzice, inni poznają je na podwórku. Ostatecznie każdy przeklinać potrafi, choć nie każdy decyduje się to robić…

 
 

Kill Bill

07 kwi

Dziś ruszam w nową drogę. Będę mniej zakonnicą, bardziej w przebraniu. Będę inspiracją do powstania nowej, bezkrwawej wersji Kill Billa. Bezkrwawej nie znaczy nieciekawej. Fabuła wypełniona przemyślaną, strategiczną zemstą z pewnością zainteresuje niejednego widza.

Lokator się wyprowadził. Zabrał ze sobą kilka moich naczyń, klucze od mieszkania (zamki już wymieniłam) i kto wie co jeszcze… Zostawił po sobie dług i syf, którego mimo względnej elokwencji nie jestem w stanie skomentować. Pomijam kwestię pieniędzy, których najzwyczajniej w świecie potrzebuję. Pomijam, bo nie licząc „szanownego” najemcy i dosłownie kilku innych osób – otaczają mnie naprawdę dobrzy ludzie. Będę więc miała co jeść i opłacę rachunki. Jak się postaram, to w ciągu dwóch, trzech miesięcy powinnam wyjść na prostą.

To co mnie skłania do wejścia na  drogę zemsty, to fakt, że chciałabym żeby Gościu dostał nauczkę. Żeby sobie nie myślał, że może bezkarnie oszukiwać młode kobiety z przyjaznym usposobieniem. Żeby nie myślał, że kłamanie i mataczenie przynosi zysk. A wchodząc na mniej wychowawcze, bardziej osobiste tory – żeby poczuł, że zadarł z niewłaściwą osobą! A może żebym ja poczuła, że nie będę tańczyć jak mi Gościu zagra?

Dobrze wiem co zrobiłam nie tak. Przeanalizowałam sprawę krok po kroku i znam każdy swój błąd. O ile błędem można nazwać zwykłe niezakładanie, że ktoś zechce mnie oszukać. Ale to chyba jednak błąd, skoro niesie ze sobą takie konsekwencje…

Będę działać systematycznie i konsekwentnie. Znajdę jego czułe punkty i mocno w nie uderzę. Dam mu odczuć, że ze mną się nie pogrywa. Oczywiście z rozwagą – muszę znaleźć jakiś złoty środek, bo nie chcę, żeby on się potem mścił. A że udowodnił już, że jest burakiem – jego zemsta mogłaby się okazać mniej wyrafinowana i po prostu niezgodna z prawem.

I choć moja „zemsta”, to tak naprawdę zwykłe szukanie sprawiedliwości – nie będzie przecież pojedynku, nie będę nikomu grozić, używać przemocy czy działać niezgodnie z prawem, nie będę mówiła jego dzieciom, że mają wulgarnego oszusta za ojca – będę to nazywać „zemstą”, dla tej dziwnej satysfakcji, którą czuję wypowiadając to słowo. [jakie znaki zawiera emotikon z szelmowskim uśmieszkiem?]

 

Siła sugestii

02 kwi

Znam pewne małżeństwo. Są pół roku po ślubie. Pobrali się pół roku po zaręczynach, a zaręczyli pół roku po rozpoczęciu związku. Znali się jednak od wielu lat. Za cztery miesiące urodzi się ich pierworodny syn. Na pierwszy rzut oka widać, że się kochają. Mąż zawsze pomocny, Żona okazująca swą miłość na nieskończenie wiele sposobów. Zwykle patrząc na nich myślałam: „ci to się kochają”. Do czasu…

Kilka dni temu spotkałam się z Koleżanką. Biedaczka cierpi na porozstaniową schizofrenię, więc nie mogło się obejść bez poruszania tematów damsko-męskich, a raczej męsko-szowinistyczno-świńskich. Chcąc dodać jej nadziei i otuchy, powiedziałam, że nie wszyscy tacy są. Spójrzmy na przykład na małżeństwo Męża i Żony….

I zaczęło się burzenie mojego harlekinowego świata.

Koleżanka powiedziała, że jej zdaniem Mąż wcale nie kocha Żony, że zdecydował się na ślub z powodu jej rodzinnych koneksji, a jego wcześniejsze związki potwierdzają, że nie jest zdolny do miłości. Powiedziałam, że to, że nie czuł miłości w poprzednich związkach, nie oznacza, że z Żoną jest tak samo. Najwyraźniej dopiero teraz odnalazł swoją drugą połówkę. Koleżanki to nie przekonało. Na przedstawiane przeze mnie dowody jego miłości odpowiadała, że Mąż po prostu taki jest. Zawsze szarmancki, pomocny, gentleman, ale to tylko pozory…

Przemyślałam więc sprawę i uznałam, że po pierwsze się z tą teorią nie zgadzam, a po drugie w związku z ostatnimi przeżyciami Koleżanki, nie mogę uznać jej słów za wiarygodne. Przypomniałam sobie jak Mąż patrzy na Żonę. Wzruszyłam się na myśl o tym, że już po pół roku związku wiedział, że chce za nią wyjść, że ta miłość zrodziła się z wieloletniej przyjaźni. Wszystko to takie piękne i romantyczne. W dodatku dzieli ich wspólna pasja, która jest jednocześnie ich zawodem. Zresztą podobnie jest z rodziną Żony. Wszyscy się tym zajmują i bardzo wspierają młode małżeństwo w realizacji ich planów i dążeń.

No właśnie… Wspierają jak tylko mogą. Mama Żony ma wiele do powiedzenia w mieście i w środowisku zawodowym. Wie skąd załatwić fundusze, zna Prezydenta Miasta. Pewnie przez te pół roku zdążyła szepnąć niejedno dobre słówko o zięciu. Nie mógł tego nie przewidzieć wżeniając się w taką rodzinę. A te oświadczyny? Zaledwie po pół roku? To nie Duma i uprzedzenie. [pomyślała diabelska wersja mnie]

No właśnie… To nie Duma i uprzedzenie. Kto się dzisiaj pobiera z myślą o rodzinnych koneksjach? Dziś dobry biznesplan może z człowieka zrobić milionera. Nie potrzeba do tego małżeństwa bez miłości. [pomyślała anielska wersja mnie]

Nie wierzę Koleżance. Trzymam się swojej, romantycznej wersji wydarzeń. Nie zmienia to jednak faktu, że tych kilka zdań, które wypowiedziała zburzyło mój spokój w myśleniu o istnieniu pięknej miłości, które przywoływało mi wspomnienie Męża i Żony. Nagle zaczęłam ich postrzegać nieco inaczej, a na wszystkie chwile, którymi się wcześniej wzruszałam patrzeć z większym dystansem.

Taka jest właśnie siła sugestii. Czy urosną czy nie – ziarna zostały zasiane…